Do przeprowadzki na swoje zostało parę dni. Do końca mordęgi z pracą naukową też niewiele. Do końca tego całego syfu... sam jeden bóg wie. I nie wiem czemu mówi mi rzeczy, które w sytuacji analogicznej, a odwrotnej nie przeszłyby mi przez gardło "o! małżonka zrobiła wpis na blogu..." <na rany Chrystusowe! Po co mi ta wiedza?!>. Oczywiście będąc ciekawskim jajem nie omieszkałam nie zajrzeć ale wpłynęło to destrukcyjnie na moje emocjonalne struktury, więc stan zdezorientowania trwa nadal. Swoją drogą lepszy taki stan, niż stan zamroczenia miłosnego.
Zaczęłam czytać "Shogun'a". Po raz kolejny. Nasza historia, książka zresztą z dedykacją od niego, jako że prezent urodzinowy. Niemniej jednak książka w pewien magiczny sposób obnaża wcześniej zagubione resztki honoru, szacunku, samurajskiej postawy, która nijak ma się do wcześniej wspomnianego syfu. Nadzieja, że postawi mnie to na nogi jest ogromna.
A rozstają się wszyscy... jako gówniarz myślałam że miłość jest wieczna, że jak za kogoś wyjdziesz, to tak zostanie. A ludzie wokoło zdradzają, są zdradzani, rozstają się, rozchodzą... Nie poznaje tego świata.
A koniec końców jest taki, że trzeba się zebrać, pozałatwiać sprawy, poczekać na przypływ gotówki, pozałatwiać jeszcze parę spraw i iść dalej nie patrząc za siebie. Bo patrząc za siebie można się nabawić co najwyżej zdrętwienia szyi...
-
S.B.B.:
-
LotarKing:
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›